Kiedy Królowa zdejmuje ciężary, które nie są jej

Wiele kobiet, które spotykam, zarówno w pracy, jak i w codziennym życiu, ma w sobie głęboko zakorzenioną postawę bycia tą, która ogarnia wszystko. Są odpowiedzialne, wspierające, uważne na innych. Często, jeszcze zanim stały się dorosłymi kobietami, nauczyły się być „grzecznymi dziewczynkami”: niewymagającymi, wyrozumiałymi, miłymi. I choć ta cecha przez lata bywała ich siłą, w pewnym momencie zaczyna działać jak niewidzialny ciężar. Bo z tej grzeczności bardzo łatwo można przejść w rolę tej, która dźwiga wszystko, także to, co do niej nie należy.

Przez lata uczymy się brać na siebie coraz więcej: cudze emocje, nieprzepracowane konflikty, obowiązki, które ktoś powinien był ogarnąć sam. Niezauważalnie wchodzimy w rolę „tej, która zawsze daje radę”. I pewnego dnia budzimy się wyczerpane, odklejone od siebie, z uczuciem, że zniknęłyśmy z własnego życia. To właśnie wtedy zaczyna się coś ważnego i nie jest to duchowy awans, ani „kolejny poziom rozwoju”, ani też spektakularna przemiana widoczna z zewnątrz, tylko ciche, bolesne i bardzo prawdziwe wewnętrzne przebudzenie.

To wcale nie sukces nas budzi. To ból. Zmęczenie, którego nie da się już zagłuszyć kawą. Relacja, która boli zbyt długo, by dalej udawać, że wszystko jest w porządku. Poczucie, że nie umiem już siebie znaleźć, bo ciągle jestem dla kogoś innego. To w takich chwilach zaczynamy szeptać w sobie: „Dość. Nie chcę już tego nieść.” I właśnie wtedy rodzi się Królowa, nie ta z bajki, ani z mediów społecznościowych, ale ta prawdziwa, która zaczyna na nowo stawać za sobą.

Wbrew temu, co często słyszymy, królowanie nie ma nic wspólnego z dominacją ani kontrolą. Nie polega na tym, by rządzić innymi, zawsze mieć rację, ustawiać ludzi do pionu czy narzucać swoją wolę. Królowanie to wewnętrzna decyzja: za co naprawdę biorę odpowiedzialność, a co przestaję dźwigać, bo nie należy do mnie. To umiejętność stawania po swojej stronie bez tłumaczenia się, bez poczucia winy, bez konieczności ciągłego zasługiwania na uznanie.

Królowa nie gra ofiary i nie rozdziela sił na ratowanie wszystkich wokół. Nie poświęca się na ołtarzu relacji, firmy, rodziny czy cudzych ambicji. Zamiast tego pyta: „Co jest moje, a co nie?” i ma w sobie dojrzałość, by zrezygnować z tego, co ją obciąża. Czasem to będzie emocjonalna odpowiedzialność za dorosłego człowieka. Czasem potrzeba, by wszyscy ją lubili. Czasem, przymus ciągłego ratowania innych, który przestał być wyrazem miłości, a stał się formą kontroli.

Królowanie wymaga odwagi, ale nie tej krzykliwej i spektakularnej. Raczej takiej codziennej odwagi, cichej i bardzo intymnej. Takiej, która uznaje siebie za równie ważną, co inni. Odwagi, by powiedzieć „nie” bez tłumaczenia się. By wypisać się z roli tej, która zawsze wszystko ogarnia. By przyjąć fakt, że dbanie o siebie to nie egoizm, lecz akt zdrowej dorosłości.

To nie zawsze są wielkie gesty. Czasem to jedno „nie” wypowiedziane spokojnym głosem. Jedna świadoma decyzja, by się wycofać. Jedno wylogowanie się z rozmowy, która Ci nie służy. Ale od takich decyzji zaczyna się powrót do siebie. Do swoich granic, do własnego ciała i serca. Do centrum, które przez lata zbyt szczodrze rozdawałaś innym (i to wszystko w dobrej wierze).

Na dziś zostawiam Ci pytanie, ale nie jako kolejne zadanie z listy rozwojowych ćwiczeń, tylko jako delikatny impuls do spotkania ze sobą: co dziś możesz odłożyć z ramion? Co niesiesz z rozpędu, lojalności, lęku lub grzeczności, choć wiesz, że już czas pozwolić temu odejść?

Może to nie będzie wszystko naraz:) I dobrze. Zacznij od jednej rzeczy. Jedna maska, jedna zgoda na coś, co Ci nie służy. Jeden ciężar, który nie jest Twój.

To będzie Twój krok bliżej siebie. Do swojej mocy i do swojej wewnętrznej Królowej.

Katarzyna Racisz
Katarzyna Racisz

Redaktor naczelna "Kobiecego Kontekstu". Przedsiębiorczyni, coach, trenerka biznesu, prezeska Fundacji Potrzeba Rozwoju.

Artykuły: 34

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koniecznie przeczytaj!
Przez lata słyszeliśmy zdanie: „pieniądze szczęścia nie dają”. To prawda…